Rytuały i ich znaczenie w życiu psów.

Dodano 05/01/2013, w wokół psa, przez Adam

Pierwszy raz o roli rytuałów w życiu zwierząt przeczytałem w jednej z książek Konrada Lorenza. Nigdy wcześniej nie spotkałem na swojej drodze żadnego mądrego szkoleniowca, behawiorysty, zoopsychologa, ani nawet etologa, który wspomniałby o roli rytuałów w życiu psów. Mówiąc szczerze nigdy potem również kogoś takiego nie spotkałem. Książka, jak chyba każda, która wyszła spod pióra Lorenza niezwykle ciekawa, absolutnie nie traktująca o psach wyłącznie, a zwierzętach ogólnie, była dla mnie inspiracją, jednak o rytuałach jakoś w pierwszym okresie pracy z psami i nad ich zachowaniem nie pamiętałem. Przypomniał mi o tym niezwykle ważnym aspekcie życia zwierząt, ale przecież i ludzi mój własny pies – Tobi.

Tobi przeszedł wiele w swoim życiu… Był w schronisku, był skazany na resztę życia w kojcu. Nie mógł liczyć na czułość, a nawet na bliższy kontakt z człowiekiem, bo był postrachem wszystkich. Nikt nie wchodził do niego do kojca, bo rzucał się na wszystko, co się ruszało. Jego zachowanie nie dawało mu szans na adopcje, choć na szczęście jego i moje również ogłaszany na stronie schroniska był. No i wypatrzyłem go właśnie tam. Zobaczyłem w nim rasę, choć nie jest jej przedstawicielem, zobaczyłem w nim fajnego psa, zobaczyłem w nim chcącego pracować ze mną, a może nawet nad sobą olbrzyma. Tobi trafił do mojego domu ponad dwa lata temu i do dziś w nim jest. Uczy mnie postępowania z trudnymi psami, a ja uczę go funkcjonować w świecie innym niż schroniskowe kraty. Tworzymy fajny zespół, w którym nie ma wyraźnego nauczyciela i ucznia. Każdy wynosi coś wartościowego z tego, że żyjemy pod jednym dachem, że wspólnie chodzimy na spacery, że zadajemy sobie pytania i odpowiadamy sobie na nie.

To właśnie Tobi chodząc kilka razy dziennie tą samą drogą zdenerwował się kiedy, któregoś dnia spotkał ogrodzenie na placu przed domem sąsiadów. Na placu pojawiła się również tabliczka informująca, że psom wchodzić na ten kawałek ziemi nie wolno. Problem w tym, że Tobi zawsze znaczył stojący tam hydrant, zostawiając swoje ślady zapachowe. Zbierał też informacje ze wspomnianego hydrantu o psach zamieszkujących w sąsiedztwie. Płotek, który wyznaczył zakazany teren nie był zbyt duży, więc musiałem Tobiego powstrzymywać przed przejściem na jego zakazaną odtąd stronę. To wszystko wywoływało w moim psie nerwy, reakcje dość impulsywne, a zarazem ogromną chęć cofnięcia się gdy już przeszliśmy dalej i sforsowania ogrodzenia sięgającego Tobiemu nie wyżej niż do brzucha. Rozumiem oczywiście, że celem nie miał być płotek, a chęć dostania się do hydrantu. Niestety, dobre stosunki z sąsiadami wygrały i psiak musiał początkowo chodzić na smyczy, dopóki nie odszedł na odległość zapewniającą bezpieczeństwo ziemi przed domem sąsiadów, a właściwie hydrantowi na niej stojącemu.

Zachowanie Tobiego przypomniało mi że Lorenz pisał o znaczeniu rytuałów i ich wpływie na zachowanie zwierząt, którym Tobi jest – choć czasem trudno w to uwierzyć… Sięgnąłem więc po książkę ponownie i przeczytałem rozdział o rytuałach, nawykach i ceremoniałach w życiu zwierząt. Sam Lorenz podsumowuje rozdział w taki sposób:

„Nie kpijmy więc ze zwierzęcych przyzwyczajeń (…)gdzie umawiający się partnerzy nie mają wspólnej podstawy niewzruszonych obyczajów zamienionych w rytuały, przy których naruszeniu ogarnia ich ów magiczny śmiertelny strach, jakiego doznała swego czasu moja mała Martyna (gęś gęgawa przyp. autor) na piątym stopniu schodów naszego domu.”

Lorenz wykazał, że przyzwyczajenia, rytuały i nawyki są w życiu zwierząt tak samo obecne, jak w życiu człowieka. Wykazał również, że zaburzenie tych zachowań powoduje nerwy, strach oraz agresję, która może być jego konsekwencją. Czy rzeczywiście zaburzenie rytuałów u psa może powodować agresję? Takie pytanie pojawiło się w mojej głowie natychmiast gdy zobaczyłem nienaturalne podniecenie u Tobiego, który nie mógł wypełnić swojego codziennego rytuału sikając na hydrant przed domem sąsiadów. Zachowanie to, było mi doskonale znane z niechlubnej przeszłości psa. Jego ataki, których się dopuszczał w pierwszych tygodniach pobytu w nowym domu były poprzedzone właśnie takim nienaturalnym podnieceniem. Nie mogłem pozostawić tego pytania bez odpowiedzi…

Najpierw postawiłem pytanie sam sobie. Czy w moim życiu są sytuacje, w których zaburzenie rytuałów, nawyków powoduje nerwowość. Czy ja też reaguje agresywnie gdy nie mogę wypełnić rytuału? Odpowiedź jest oczywista. Myślę, że każdy z nas ma jakieś swoje nawyki, rytuały, których zaburzenie powoduje nienaturalne zachowanie, których zaburzenie powoduje, że cały dzień jesteśmy zdenerwowani lub czujemy się nieswojo. Każdy, kto oglądał doskonały film Marka Koterskiego „Dzień Świra” znalazł z pewnością cząstkę samego siebie w tytułowym bohaterze Adasiu Miauczyńskim. Jest oczywiste, że jego rytuały i ceremonie osiągnęły niezdrową formę nerwicy natręctw i zostały przedstawione w sposób przerysowany. Jednak cofanie się do mieszkania po to, aby ucałować w stópki Jezuska wiszącego na ścianie może przypominać i przypomina mi chęć zawrócenia przez Tobiego, aby skierować strumień na hydrant, jak robił to setki, a może tysiące razy. Adaś Miauczyński wracał do mieszkania, przysiadał na krześle tylko po to, aby reszta dnia, podróż, wakacje lub cokolwiek innego mogły przebiec spokojnie. Spokojnie czyli bez nerwów, bez strachu i towarzyszących negatywnych emocji.
Dokładnie po to samo Tobi chciał wracać do hydrantu. Aby spacer mógł przebiegać w spokoju, bez nerwów, obaw i lęków, które mogą wywołać agresję. Oczywiście nie zawsze agresję to wywołuje, ale u psów z „trudną przeszłością” tak zdarzyć się może…

Zachowanie mojego własnego psa i odpowiedź na kilka zupełnie prostych pytań z życia ludzi skłoniło mnie do dalszych studiów na temat roli rytuałów w życiu psów. Analizowałem wiele przypadków, przypominałem sobie rozmowy z wieloma właścicielami. Jak wielkie było moje zaskoczenie, kiedy sięgnąłem do starych zapisów z wizyt domowych, w których notuję wszystko co możliwe, choć czasem sam nie wiem po co. Między innymi zapisywałem informację o zmianach domu przez psa, o zachowaniu w domu tymczasowym i o tym, kiedy problem – w tym agresja – się zaczął. Z tych zapisek wynikało, że często problem pojawiał się po zmianie otoczenia. Po przeprowadzce do innego mieszkania, po zmianie domu z tymczasowego na stały no i oczywiście po zmianie właściciela. Nie trudno się domyślić, że zmiana domu czy właściciela wiąże się ze zmianą rytuałów. Rytuałów każdych i na każdej płaszczyźnie życia psa. Czy zatem zmiana rytuałów może mieć aż tak duże znaczenie na zachowanie psa? Wszystko wskazuje na to, że tak!
Pies nie jest maszyną, nie jest zaprogramowanym robotem. Pies czuje, myśli, przeżywa, więc ulega emocjom. Emocjom, które przekładają się na zachowanie. Nie każdy człowiek jest dotknięty nerwicą natręctw jak bohater filmu Marka Koterskiego i nie każdy pies po zmianie rytuałów wykazuje zachowania niepożądane. Ja pracuję najczęściej z psami, które są agresywne, które wpadają w panikę, które nie potrafią poradzić sobie z problemami życia codziennego i moim zadaniem jest określenie przyczyny takiego zachowania. Po wielu godzinach spędzonych na analizie zachowań moich podopiecznych mogę śmiało stwierdzić, że zmiana rytuałów ma ogromny wpływ na zachowanie psa.

Przykładów na zakłócenie rytuałów w życiu psów można przytaczać dziesiątki, a może i setki. Jak już wspomniałem nie zawsze mają one negatywne oblicze, ale należy pamiętać, że są i takie. Jednym z najczęstszych „powodów” zmiany przyzwyczajeń, rytuałów i ceremoniałów jest zmiana właściciela. Ze zmianą właściciela wiąże się zmiana mieszkania, zmiana czasu i częstotliwości wychodzenia na spacery. Zmienia się pora i sposób karmienia, zmienia się teren w którym pies będzie żył, spotykał inne, a więc nieznane psy. Będzie znaczył inne drzewa i słupy. Będzie musiał dokonać nowego podziału terenu, aby wypracować sobie nowe nawyki i dopasować się do nowej grupy społecznej, w której od teraz przyjdzie mu żyć. Do tego ciekawego zagadnienia nawiążę w dalszej części wpisu, jednak teraz wrócę do samej zmiany rytuałów. Byłbym nieuczciwy, gdybym nie wspomniał o tym, że pies jako gatunek ma doskonałe zdolności przystosowawcze i szybko aklimatyzuje się w nowym otoczeniu. Dotyczy to jednak psów, które nie mają problemów natury psychicznej. Co wpływa na „siłę” psychiczną u psów wyjaśnię w oddzielnym wpisie. Pamiętać należy jednak, że są psy słabsze psychicznie i to one reagują fobiami, strachem lub po prostu agresją. Nie dajmy się zwieść wrażeniu, że pies, który ma na sumieniu pogryzienia lub inne akty agresji jest bardzo pewny siebie lub jak wielu uważa „dominujący”. Zdecydowana większość psów atakuje ze strachu, z rozdrażnienia, z braku umiejętności radzenia sobie z emocjami, a więc z powodu – tak zwanej – słabej psychiki. Właśnie takie psy reagują bardzo emocjonalnie na zmianę rytuałów. Nie oznacza to, że po zmianie właściciela pies słabszy psychicznie do końca życia nie będzie umiał się odnaleźć w nowych warunkach. Oznacza to, że przy zmianie otoczenia będą występowały zachowania niepożądane. Oczywiście niepożądane z ludzkiego punktu widzenia. I od właściciela (tego nowego) będzie zależało czy pies takie zachowania utrwali czy je wyeliminuje. To właściciel przekazuje psu w sytuacjach dla niego stresowych informacje o tym, jak się zachować. Najczęściej przewodnik robi to nieświadomie i niestety również najczęściej wpędza psa w panikę, wzmacnia zachowania agresywne, itp. Dlaczego tak się dzieje? Ponieważ właściciel czworonoga również nie jest maszyną, nie jest robotem i ulega emocjom. Odczuwa strach kiedy widzi swojego psa „rzucającego się” z wyeksponowanymi zębami na innego psa, a nawet sąsiada. Reaguje impulsywnie, broni społeczeństwo przed własnym psem używając czasem przemocy wobec niego, czasem krzyku, a czasem ucieczki. Niestety to wszystko utwierdza psa w przekonaniu, że znalazł się w sytuacji niebezpiecznej, z której wyjść można tylko zachowaniem agresywnym. Koło się zamknęło i są tego konkretne konsekwencje! Jakie?

Przeanalizujmy bardzo krótko i pobieżnie przykład psa, który zmienił dom. Załóżmy, że jest to pies znaleziony, błąkający się lub na przykład po wypadku komunikacyjnym. Przeszłość takiego psa nie jest znana, ale z pewnością przed tym jak znalazł się w naszych rękach miał jakiś dom, budę lub kojec, który był w określonym punkcie geograficznym. Miał właściciela, który go karmił. Oczywiście w określonych godzinach, określoną karmą, itp. Trafiając w nasze ręce, trafił do innego świata. Świata innych rytuałów! Musiał na nowo nauczyć się funkcjonowania w grupie społecznej, która ma inne przyzwyczajenia, mieszka w innym domu na innym terenie. Ale nasz dom był domem tylko tymczasowym… Po miesiącu lub dwóch znalazł się dom stały. Dom, który my sami sprawdziliśmy, zaakceptowaliśmy i do którego zawieźliśmy psiaka. Pies trafia do nowego domu, w którym ma pozornie wszystko. Kochających właścicieli, ogród, własne legowisko i zabawki. Super jedzenie, kota do dyspozycji i pięć spacerów dziennie. Jednak to – wydawałoby się – eldorado, jest przecież kolejnym światem w życiu psa. Kolejny raz zwierze musi porzucić porządek dnia, otoczenia i własnych rytuałów na rzecz nowych. Jak pisze Lorenz, taka zmiana nigdy nie przebiega bezboleśnie. Jeśli trafiliśmy na psa o słabej psychice zaczynają się problemy… Pies reaguje na przykład agresywnie. Po jakimś czasie nowi właściciele skarżą się na zachowanie pupila. My jesteśmy bardzo zdziwieni, bo w naszym domu z psem nie było żadnych problemów! I ja w to wierzę… Obecni opiekunowie po jakimś okresie, w którym próbowali poradzić sobie sami, dostrzegają pogorszenie i eskalację zachowań agresywnych. Oczywiście mają w to zachowanie duży wkład, ale jak już wiemy, nie są tego świadomi. Po kilku lub kilkunastu tygodniach walki o życie sąsiadów, okolicznych psów, przejeżdżających rowerzystów i temu podobnych, właściciele dochodzą do wniosku, że zdrowie ich samych i na przykład dziecka jest ważniejsze niż dobro psa (z czym się zgadzam) i postanawiają oddać bestię. Oddać naturalnie do innego domu. Ja określam nowy dom, jako nowy świat. Nowe rytuały, przyzwyczajenia i schemat dnia codziennego, w który pies znów musi się wpasować. Niestety i tym razem nie obejdzie się to bez negatywnych emocji. Bez strachu, paniki, agresji. Jak wspomniałem – koło znów zatoczyło krąg… Ile tych kręgów zatoczy jeszcze w życiu biedaka? Nie wiem i aż ciarki po plecach mi przechodzą gdy o tym pomyślę…

Opisany wyżej przykład powinien być (w mojej ocenie) motorem przemyśleń dla wszystkich domów tymczasowych. Dla ludzi, którzy zostali wyposażeni w niezwykle czułe serce i którzy poświęcają swój czas, energię i często pieniądze na ratowanie psich istot. Dopinguję domy tymczasowe i ludzi, którzy je tworzą. Napiętnuję jednak przerzucanie psa z miejsca na miejsce. Wymienianie się psami w domach tymczasowych usprawiedliwiane chęcią pokazania im innego życia, tak, aby umiały mieszkać w bloku, w domu z ogrodem, na wsi i w mieście. Pamiętajmy, że dla słabego psychicznie psa, a takim może być pies „po przejściach”, każda zmiana otoczenia, to wpędzanie go w problemy. Oczywiście sam dom tymczasowy nie jest niczym złym. Jest piękną ideą i super alternatywą dla schroniska dla bezdomnych zwierząt. Jest nadzieją dla psa i w miażdżącej większości przypadków daje psu same pozytywy. Jednak zdarza się, ze pies zostaje przerzucony do innego domu tymczasowego, bez żadnej konkretnej przyczyny. Wówczas dom tymczasowy, który z założenia ma pomagać potrzebującym psiakom, powoduje, że życie czworonoga może nigdy nie być szczęśliwe. Może być udręką dla psa i dla przyszłych właścicieli, bo koło zatacza kręgi… Niestety.

O rytuałach powinni pamiętać także zwykli właściciele psów. Właściciele, którzy spacerując ze swoimi ukochanymi psami, tak jak ja z Tobim, powinni dostrzegać zmiany w otoczeniu. Powinni brać pod uwagę, że zwykłe przemeblowanie w mieszkaniu może u psa wywołać zachowanie niezrozumiałe. Podkreślam i powtarzam z uporem, że zachowanie takie może wystąpić, ale nie musi! A jeśli już zauważymy, że z naszym psem nagle i „bez powodu” zaczyna się dziać coś niedobrego, może warto pomyśleć o tym, co zmieniło się w porządku dnia codziennego. Może o tym, co zmieniło się w najbliższym otoczeniu. Jeśli dostrzeżemy takie zmiany i zrozumiemy, że nagle rytuały, którym nasz pies był oddany przez miesiące lub lata zostały zaburzone, łatwiej będziemy mogli pomóc psu wypracować nowe, aby znów w spokoju i w poczuciu bezpieczeństwa funkcjonował u naszego boku. Bez wątpienia musimy psu ułatwić wejście w nowe otoczenie i nowe grupy społeczne podczas przeprowadzki. Zmiana miejsca zamieszkania, która najczęściej cieszy ludzi, bo zmieniają mieszkanie na większe, na lepiej położone lub po prostu na dom z ogrodem, nie zawsze cieszy psa. Nasz pupil żyje w grupach społecznych. Nie w stadzie, a w grupie społecznej. Podstawową grupą społeczną dla naszego psa jest nasza rodzina. Jak łatwo się domyślić czasem pojawienie się nowego członka rodziny może wywołać zachowania niepożądane u psa, ponieważ nowy członek rodziny, to zawsze zaburzenie rytuałów. Pies żyje na określonym terenie, który etologia (nauka o zachowaniu zwierząt) już bardzo dawno temu podzieliła na strefy. Jedną z takich stref jest obszar centralny. To takie miejsce, poza terytorium, w którym pies przebywa często, które doskonale zna i spotyka przedstawicieli swojego gatunku. Mówiąc prościej, takie miejsce, to obszar spacerów, podczas których psiak spotyka swoich kumpli z sąsiedztwa. Jeśli w nowym otoczeniu jest wybieg dla psów lub chociaż miejsce spotkań właścicieli z psami, jak na przykład park czy łąka, to należy pamiętać o tym, że nowoprzybyły pies czuje się w takim miejscu jak uczeń zmieniający szkołę. Ja sam doświadczyłem takiej zmiany otoczenia jak byłem małym chłopcem. W wieku jedenastu lat zmieniłem miejsce zamieszkania, a w konsekwencji także szkołę. Wchodząc do nowej klasy musiałem szybko przejąć przyzwyczajenia, rytuały i ceremoniały kolegów, którzy w tej klasie byli od lat. Mimo, że to wszystko było całkowicie różne od tego, do czego byłem przyzwyczajony w starej szkole, nie miałem najmniejszego problemu z przestawieniem się na inną „częstotliwość”. Dzieci mają bowiem, doskonałe zdolności przystosowawcze. Bardzo szybko przejmują nawet akcent wymowy, jakim posługuje się grupa, do której należą od niedawna. Wszystko to, ma na celu szybkie wejście w tę grupę. Szybkie stanie się jej członkiem i nabycie praw, jakie członkom przysługują. Ma na celu również nie odróżnianie się od innych członków grupy, aby nie narazić się na pośmiewisko. W przypadku psów i życia w jakiejś grupie społecznej złożonej z innych psów jest dokładnie tak samo. Psiak, który „wprowadza się” na nowy teren lub wchodzi w istniejącą już grupę psów na wybiegu, szybko stara się stać jej członkiem. Szybko przejmuje nawyki, rytuały, ale co ważne, również zasady tam panujące. Piszę o tym dlatego, żeby pamiętać, że zmiana miejsca zamieszkania jest dla psa wydarzeniem podobnym do zmiany szkoły przez ucznia. I to od właściciela psa zależy – zupełnie jak od rodzica lub nauczyciela – jak pies wejdzie w nową grupę społeczną i jak szybko nowe rytuały i zasady funkcjonowania staną się jego własnymi. Jeśli będziemy psu ograniczać kontakt z innymi psami na nowym terenie, jeśli będziemy reagować strachem, szarpaniem, biciem lub choćby krzykiem na widok zbliżającego się obcego psa, wpędzimy naszego przyjaciela w stan, który może doprowadzić do zachowań agresywnych lub na przykład do całkowitej apatii. Będziemy wtedy szukać przyczyn wszędzie, tylko nie w naszym zachowaniu. W skrajnych przypadkach oddamy psa w „dobre ręce”, aby nie męczył się w nowym otoczeniu, Tak naprawdę jednak nadamy ruch kołu, które jak już wiemy lubi zataczać kręgi…

 

Posłuszny czy wystraszony?

Dodano 26/11/2012, w wokół psa, przez Adam

Od początku mojej pracy z psami obserwuję nie tylko psy, ale także ich właścicieli. Jest to nieodłączny element wizyty domowej, ale także poszczególnych zajęć podczas szkolenia. Moim zadaniem jest wysłuchać nie tylko człowieka, ale także psa. Często relacje te niestety nie zazębiają się. Różnica jest jednak taka, że człowiek często przede mną coś ukrywa, a pies nie. Można dyskutować czy pies nie oszukuje mnie, bo nie potrafi czy dlatego, że nie chce. Pytanie niewątpliwie ciekawe jednak trudno jest udzielić jednoznacznej odpowiedzi. Myślę, że kiedyś pokuszę się o próbę wyjaśnienia tego zagadnienia. Może nawet na tym blogu J .

Dziś jednak chcę napisać o czymś innym. O relacji psa z człowiekiem, który nie oszukuje. Który nie próbuje nic zataić. Który z dumą mówi o posłuszeństwie swojego psa i o tym jaką drogą do tego doszedł. Ja jednak – jak już wspomniałem – nie słucham tylko tego człowieka, ale także jego psa. To mój obowiązek… Zawsze w takiej sytuacji zadaję sobie pytanie czy ten posłuszny, „wytresowany” pies jest równie dumny jak jego właściciel. Zawsze dostaję tę samą odpowiedz… Jaką? Spróbuję to wyjaśnić możliwie najdelikatniej, choć czasem ciężko się opanować.

Każdego dnia spotykam psy, z którymi zawodowo nie mam nic wspólnego. Psy spacerujące z właścicielem, chodzące luzem lub na smyczy, w mieście lub na obrzeżach miasta, czasem w lesie, a czasem siedzące pod sklepem. Zawsze staram się odczytać emocje jakie towarzyszą takiemu psu. Często widzę szczęśliwe pyski noszące patyk, czasem merdające ogony, czasem zwariowane susy w leśnych zaroślach. Zdarza się jednak, że widzę psa, który idzie z pochyloną głową, wzrokiem wbitym w chodnik. Naturalnym jest pytanie jakie pojawia się wówczas w mojej głowie. Dlaczego? Dlaczego ten pies jest tak apatyczny. Czy jest chory? Czy coś go boli? Odpowiedzi na to pytanie udzielają często dumni właściciele. Niestety dumni i niestety właściciel… W ostatnim czasie spotkałem wielu takich ludzi. Ludzi, którzy opowiadali mi o metodach jakimi „szkolą” swoje psy, o tym co potrafi i czego nigdy nie odważy się zrobić ich pies. To co można usłyszeć podczas takich rozmów nie tylko nie mieści się w mojej głowie, ale czasem zmusza mnie do przemyśleń czy warto walić tą głową w mur, którego na pewno przebić się nie da. Ja, jak każdy człowiek mam chwile zwątpienia. Chwile, w których zastanawiam się ile mogę osiągnąć, jak bardzo mogę wpłynąć na poprawę życia psów. Te chwile pojawiają się właśnie wtedy gdy rozmawiam z takimi ludźmi i patrzę na ich psy. Przyznam, że nie wiem czy mam wówczas odwrócić się na pięcie i odejść, czy mam może tłumaczyć, przekonywać. Odwrócenie się na pięcie jest sprzeczne z moimi przekonaniami, a tłumaczenie jest walenie głową w mur. Wielokrotnie słyszałem o psach, które zostawały „posłusznie” gdzieś na polu na komendę, a ich właściciel mógł wrócić do domu wiedząc, że pies nie ruszy się na krok. Słyszałem też o psie, który bez pozwolenia nie wstał ze swojego legowiska przez kilka godzin. Słyszałem wiele innych opowieści o świetnie ułożonych psach. Wszystko to płynęło z ust właścicieli, którzy prężyli się dumnie wypinając pierś i unosząc czoło.

Jednak jak mam postąpić kiedy słyszę od właściciela pięknego Doga Niemieckiego, że oduczył go ciągnięcia na smyczy przez wyprostowanie i zaostrzenie kolców w kolczatce. Jak postąpić kiedy przysłuchuję się rozmowie dwóch panów, podczas której jeden chwali drugiego, że ma super ułożonego psa, a ten pierwszy odpowiada mu, że gdyby tyle razy dostał „z buta”, to też byłby ułożony. Po tym oczywiście słychać wymuszone ha ha ha obu panów… Jak zachować się kiedy z jadącego samochodu widać gdzieś na chodniku psa, który leży w geście uległości, a nad nim jego właściciel z zaciśniętą pięścią wyjaśnia mu zasady „dobrego wychowania”? Jak postąpić czytając na forum internetowym rady, aby zastosować wobec krnąbrnego psa obrożę elektryczną, bo przy odpowiednim natężeniu oczy mu się zaświecą i cała krnąbrność wyparuje w mig? Przyznam, że nie wiem jak się zachować. Nie wiem czy przejść obojętnie czy walić głową w mur. Wiem jednak coś zupełnie innego. Wiem, że te psy są złamane psychicznie. Wiem to od nich samych. Bo patrzę na nie, bo pytam ich i one odpowiadają… Pies nieustannie podejmuje jakieś decyzje. Nie takie jak człowiek, bo przecież nie decyduje o zakupie nowych mebli, nie decyduje o tym jaki skład powinien mieć posiłek, ale jednak decyzje są podejmowane przez psa nieustannie. Pies decyduje czy wejść w kontakt z innym psem lub człowiekiem czy nie. Decyduje czy odstraszyć kogoś czy przywitać. Decyduje i dokonuje wyboru. Potwierdzenia lub zaprzeczenia słuszności dokonanego wyboru szuka u człowieka. U swojego człowieka… Jeśli otrzyma jasny przekaz, będzie psem szczęśliwym. Nawet jeśli jego decyzja będzie w oczach człowieka niewłaściwa. Jednak pies oczekuje odpowiedzi, a nie kary za podjęcie decyzji… Samo pojęcie kary jest w tym przypadku nadużyciem, bo kara, aby mogła być skuteczna musi spełniać określone warunki. No, ale dziś nie o tym… Jeśli pies jest notorycznie karany (fizycznie i psychicznie) za podjęcie jakiejś decyzji, którą może być na przykład szczekanie, wstawanie z legowiska, podchodzenie do innych psów lub ludzi, za ciągnięcie na smyczy, za przekroczenie progu pokoju i za wiele innych, to przestanie podejmować jakiekolwiek decyzje. Stanie się tak ponieważ strach przed karą za podjęcie decyzji będzie tak silny, że nie pozwoli psu na wykonanie jakiegokolwiek działania.

Gdy pies zostanie już złamany psychicznie następuje przełomowy punkt w myśleniu właściciela. Uznaje on bowiem, że ma psa ułożonego! Że pies jest posłuszny i nie sprawia żadnych kłopotów. Właściciel taki chwali się osiągnięciami w tresurze swojego psa, a nawet wyśmiewa metody szkoleniowe bez użycia kolczatek, obroży elektrycznych, kopniaków itp. Wyśmiewa, bo wie, że stosowanie tortur jest skuteczne. Niedawno ja również zostałem „pouczony” przez pana, który przyglądał się nauce chodzenia na luźnej smyczy jak powinno to wyglądać. Dowiedziałem się też od pana, że niektóre rasy psów działają jak automaty, tylko trzeba odpowiednio je nastroić. O metodach nastrajania się dowiedziałem, a o tym jakie to „automatyczne” rasy możemy spotkać w swoim otoczeniu już niestety nie. Powiem tylko, że bicie psa pięścią po nosie, aby szedł przy nodze i nie wychodził do przodu jest według pana odpowiedniejszą metodą niż ta, którą ja stosuję, bo daje psu jasny przekaz. Wychodzisz za bardzo do przodu – pięść ląduje na twoim nosie. Jesteś za bardzo z tyłu – uderzenie smyczą powoduje, że kolce wbijają ci się w szyję. Jeśli idziesz jak powinieneś nie dostajesz w nos i nic ci się nie wbija. Przecież to takie proste! A ja według sympatycznego pana wymagam od psa myślenia abstrakcyjnego, bo klikam jakimś czymś i niby co? Jak ten biedy pies ma zrozumieć o co chodzi…

Psy, które były szkolone takimi metodami są wśród nas. Jeśli ktoś dobrze rozumie gesty i pozy psa, z łatwością odróżni go wśród innych napotkanych gdzieś przypadkowo. Trzeba jednak wiedzieć, że to, co często nazywane jest posłuszeństwem, spokojem, zrównoważeniem, jest po prostu złamaniem psychicznym. Jest doprowadzeniem psa do sytuacji, w której boi się podjąć jakąkolwiek decyzję. W telewizji, w gazetach i w Internecie czasem takie psy nazywane są „wycofanymi”. Warto może pochylić się nad takim wycofanym psem i zastanowić się czym jest owe „wycofanie”. Czy nie jest po prostu złamaniem? Warto też zastanowić się jakimi metodami szkolić psa. Czy stosowanie tortur jest odpowiednią drogą do uzyskania umiejętności lub posłuszeństwa? Zastanawia mnie czy właściciele psów, ale także czy szkoleniowcy stosujący podobne praktyki wysłaliby swoje dzieci do szkoły, w której nauczycielami są terroryści… Przecież jeśli stosowanie kar (także cielesnych), znęcanie się psychiczne i fizyczne jest dobrym sposobem na osiągnięcie sukcesu szkoleniowego, to taka szkoła byłaby idealna. Jestem przekonany, że żadne dziecko nie przyszłoby nieprzygotowane na sprawdzian, nie poszłoby na wagary, nie rozmawiałoby na lekcjach. Stopień niższy niż czwórka nie wchodziłby w grę. Szkoła taka wypuszczałaby samych wzorowych uczniów z ogromnym bagażem wiedzy. Dlaczego więc nie wyobrażamy sobie takich metod stosowanych wobec naszych dzieci? Bo wciąż wśród nas, ludzi, panuje pogląd, że pies jest jak automat, że pies nie ma emocji, że nie może myśleć, nie podejmuje świadomie decyzji, a nawet, że ból odbiera inaczej niż człowiek. Wciąż za mało w nas ludziach empatii wobec zwierząt.

Znam jednego psa, którego spotykam regularnie i który zawsze pokazuje mi jak bardzo boi się gdy zbliżają się jego właściciele. Pokazuje mi jak bardzo boi się spojrzeć na swojego pana, jak nie przewidywalne mogą być jego reakcje. Pokazuje też, że nie rozumie dlaczego musi być przypięty przez dziesięć godzin na krótkiej lince. Ale pokazuje też coś innego. Pokazuje, że mimo rasy jaką reprezentuje, mimo podeszłego wieku chce się przytulić do ludzi. Czasem dostaje tę chwile pieszczot od obcych. A prosi o nią tylko wtedy gdy nie ma w pobliżu jego właścicieli. Gdy ci się pojawiają natychmiast odchodzi z głową spuszczoną w dół, z oczami tak smutnymi, że nawet człowiek z kamienia powinien zrozumieć, co czuje wtedy ten piękny pies. Niestety jego pan rozumie to w taki sposób, że ma posłusznego psa…

No i powiedzcie sami co lepsze. Odwrócić się na pięcie czy walić głową w mur…

 

Ot, zwykła refleksja…

Dodano 26/11/2012, w wokół psa, przez Adam

Kiedyś nie czytałem dużo książek. Byłem zdania, że łatwiej i przyjemniej jest obejrzeć film, który w kilkadziesiąt minut dostarczy mi więcej wrażeń niż książka,  którą czyta się tygodniami. Prawdopodobnie i dziś wolałbym obejrzeć kryminał lub horror w telewizji niż czytać książkę, na której podstawie ów film powstał. Z książkami o psach, o ich psychice, o szkoleniu i zachowaniach jest inaczej. Po pierwsze nie ma filmów na ten temat, po drugie książka jest swoistą rozmową z jej autorem. A jeśli nie rozmową, to na pewno udziałem w pewnym specyficznym wykładzie, który daje mi autor. Od dłuższego czasu mało jest takich dni w moim życiu, w których nie czytam niczego o psach. Jestem głodny wiedzy, chcę doskonalić tę już posiadaną i zdobywać wciąż nową.

Czytając najróżniejsze pozycje dochodzę do kilku wniosków. Niektóre są zgodne z tym, co sam wyznaję, inne kłócą się z tym, a jeszcze inne zaprzeczają temu czego się przez lata nauczyłem. Jestem istotą rozumną i mam prawo do własnych przemyśleń, do własnych spostrzeżeń, ale także do własnych wniosków. Moja wiedza na temat psów nie opiera się bowiem tylko na przeczytanych książkach. Zdobywam ją także w praktyce podczas obcowania z psami i ich właścicielami. I tak naprawdę to o tych drugich i dla tych drugich będzie ten wpis.

Wspominałem już na łamach tego blogu o historii psa udomowionego. Pisałem, że pies jest u boku człowieka od tysięcy lat. Nie wiem dokładnie od ilu i nigdy wiedzieć nie będę, ponieważ jedne źródła mówią o ośmiu inne zaś o dwunastu tysiącach. Dla mnie – człowieka o ścisłym umyśle – różnica między osiem a dwanaście wynosi równe pięćdziesiąt procent, co jednocześnie jest błędem nie do przyjęcia. Nie zwracam więc uwagi na liczby, tylko na to, że każdy z wymienianych okresów jest piekielnie długi. Tak długi, że nie potrafię sobie wyobrazić czasów tak odległych oraz zwyczajów i warunków wtedy panujących. Myślę też, że pies, który wówczas podchodził do osad ludzkich, aby zdobyć pożywienie również był inny niż ten w moich wyobrażeniach.

Potrafię jednak wyobrazić sobie ogrom osiągnięć człowieka, które miały miejsce przez tysiące lat. Wynaleziono pierwsze narzędzia,  koło,  elektryczność. Były pierwsze maszyny parowe, samochody, kolej. Człowiek nie przestawał doskonalić swojego życia. Wymyślił komputery, telefony, przekazy satelitarne. Wymyślił najróżniejsze systemy zbrojne. Wylądował na księżycu i badał najgłębsze otchłanie oceanów. A podczas tych wszystkich wynalazków u boku człowieka był pies… Niewielu ludzi wylądowało na księżycu, ale zdecydowana większość ma telefon i potrafi obsłużyć komputer. Dlaczego zatem człowiek uczynił tak mało, aby zrozumieć język swojego najwierniejszego przyjaciela, który jest z nim o tysięcy lat? Nie wiem… Nie wiem też dlaczego prawie każdemu właścicielowi psa wydaje się, że wie o swoim pupilu wszystko. Ja o swoich psach wciąż dowiaduję się czegoś nowego. Każdego dnia studiuje ich zachowanie i każdy dzień jest dla mnie kolejną lekcją. Wiem, że do końca dni, które przyjdzie nam razem przeżyć będę czerpał naukę, w której to ja jestem uczniem, a one nauczycielami… Psy nauczyły się bowiem przez lata przekazywać swym przewodnikom sygnały, które doskonale mówią o zamiarach, niepokojach, dyskomforcie. Potrafią powiedzieć, że sytuacja, w której się znalazły jest dla nich stresująca, że polecenie wydawane przez właściciela jest niezrozumiałe lub sprzeczne z innym. My ludzie jednak wciąż nie potrafimy odczytać tej jakże wyraźnej mowy. Dlaczego?

Może dlatego, że nie chcemy, bo tak nam wygodniej. Może dlatego, że widzimy w postaci psa, osobnika, który nie może nam się sprzeciwić.  Może dlatego, że przychodząc z pracy możemy odreagować na psie swoje niepowodzenia. Przecież nie krzykniemy na szefa, ani go nie kopniemy. A na psa możemy. Zwolnić nas nie zwolni, ripostą też nie rzuci… Po co zatem uczyć się psiego języka? Moim zdaniem powodów jest kilka…

Jeden z nich to niewątpliwie szacunek, który psu się należy. Pies jest przecież tak naprawdę od niedawna do towarzystwa. Wcześniej pełnił rozmaite funkcje w służbie człowiekowi. Polował z nim na zwierzynę, wyławiał sieci rybackie, pilnował bydła, ciągnął wózki z ciężarami. Oczywiście dziś psy również pełnią ważne funkcje takie jak ratownictwo górskie, wodne, psy policyjne, które wysyłane są w centrum największych zagrożeń. Jest ich jednak stosunkowo niewiele. Reszta to psy, które nie pełnią w naszym życiu żadnych “poważniejszych” ról. Są po prostu naszymi towarzyszami.

No tak, ale skoro są u naszego boku, skoro mieszkają z nami pod jednym dachem, to wypadałoby umieć się z nimi dogadać. Przez dogadanie rozumiem nie tylko wydawanie poleceń (czasem nawet rozkazów), ale także wysłuchanie. I w tym momencie muszę wrócić do pierwszych moich zdań tego postu czyli do czytanych przeze mnie książek. Jest ich na rynku naprawdę wiele i właściciel, który chce dowiedzieć się czegoś o swoim psie ma w czym wybierać. Niestety ogrom pozycji, to strata czasu i pieniędzy. Wciąż bowiem z książek napisanych przez znanych szkoleniowców z całego świata dowiadujemy się, że jesteśmy osobnikiem alfa, że pies próbuje zdobyć przewodnictwo w stadzie i że powinniśmy przechodzić pierwsi przez wąskie przejścia. Wszystko to odnosi się do teorii dominacji, o której również już pisałem, ale dziś chcę do niej powrócić.

Drogi Czytelniku! Teoria dominacji dawno już została obalona. Ustalono, że pies i człowiek nie tworzą stada. Pies nie próbuje nas zdominować, aby osiągnąć status osobnika Alfa. Człowiek nie jest i nigdy nie będzie takim osobnikiem dla psa. Pies nie jest wilkiem.

Piszę o tym, ponieważ nie znalazłem książki, która w stu procentach wolna jest od teorii dominacji. To paskudztwo tak zakorzeniło się w umysłach ludzi, że nie jesteśmy w stanie  wyplenić tego chyba przez setki lat. Wierzę jednak w mądrość i inteligencję czytelników i żyję nadzieją, że proces ten będzie się powoli następował.  Nijaka pani Jan Fannell pisze w swej książce znakomite porady, które się sprawdzają w szkoleniu psów i które mają sensowne wytłumaczenie ale zupełnie nie potrzebnie podpiera je teorią dominacji. Jaką trzeba mieć fantazję, aby napisać taki oto fragment:

“Jeżeli skacze na nas, należy cofnąć się i bez słowa odejść od niego. Jeżeli wokół nas jest zbyt mało miejsca na to albo pies jest wyjątkowo natrętny, należy zasłonić się ręką i delikatnie odsunąć psa od siebie. Należy zwracać szczególną uwagę na to, aby nie odzywać się do psa, ani nie patrzeć na niego. Zachowanie takie ma pokazać, że nie uznajemy jego przywództwa.”

Wszystko się zgadza poza ostatnim zdaniem. Czy naprawdę sądzicie, że pies skacze na nas, aby osiągnąć przywództwo? Moim zdaniem ułańska fantazja… Jeśli pies skacze na nas, to rzeczywiście powinniśmy go ignorować. Ale tylko po to, aby pies zrozumiał, że takie zachowanie nie przynosi mu korzyści w postaci naszej uwagi. Kiedy pies nie skacze osiąga znacznie więcej czyli jest to dla niego opłacalne. Pies uczy się bowiem przez skojarzenia! Po co zatem wplatanie do właściwej porady domniemanego przywództwa w stadzie? I jak ja mam stawić czoła “fachowcom” w rozmowie z właścicielami? Przecież ktoś, kto napisał książkę na pewno wie lepiej niż jakiś tam ktoś z miasta w zacofanej Polsce. Samo nazwisko obcojęzyczne i fakt wydania w naszym kraju książki czyni z autora autorytet.

A ja pozwolę sobie na przewrotność i na zaprzeczenie tej tezie. Najlepszym przykładem jest pan Cesar Millan. Ów “zaklinacz psów” tak naprawdę jest wyłącznie dobrym showmanem i taką rolę pełni w programie jaki emituje telewizja National Geographic. Przedstawione tam cuda są tak naprawdę efektem wielodniowych ćwiczeń. My widzimy na ekranie efekt po kilku minutach. Sam Millan wielokrotnie podczas jednego odcinka mówi o przywództwie w stadzie o hierarchii i podobnych rzeczach. Czyli w prosty i wyraźny sposób odnosi się do teorii dominacji. Czy zatem efekty, które odnosi są fikcją? Oczywiście, że nie. Tyle tylko, że on nie szkoli psów, a łamie ich psychikę. Pies ze złamaną psychiką jest zrezygnowany i w rezultacie wykonuje to czego człowiek od niego wymaga. A tak naprawdę nie wykonuje tego, za co zostanie ukarany. Oczywiście cieleśnie. Pan Cesar ma w Stanach wiele procesów o znęcanie się nad psami, o czym nie dowiemy się z show jakim jest “Zaklinacz Psów”. Ale znów zadam pytanie kto jest większym autorytetem? Pan z zagranicznej telewizji czy jakiś tam człowieczek z małej Polski. Odpowiedź jest bardzo prosta. Uczmy się języka psów, bo wtedy zobaczymy co one mówią na widok Cesara Millana. Każdy, kto będzie znał język naszych przyjaciół będzie umiał zweryfikować pracę tego szkoleniowca i wielu innych. Będzie mógł zrozumieć jakie błędy popełnia sam w obcowaniu z psami. Ja chcę wiedzieć co mówią moje psy i chcę wiedzieć jakie błędy popełniam, aby je wyeliminować. Chcę, aby moim psom żyło się lepiej…

 

Odpowiedzialność

Dodano 26/11/2012, w wokół psa, przez Adam

Dziś chciałbym przemówić inaczej niż zwykle. Nie chcę dzielić się informacjami zaczerpniętymi z mądrych książek, z rozmów podsłuchanych gdzieś na korytarzu. Dziś chcę napisać o własnych przemyśleniach, o własnych obserwacjach, ale i o frustracjach. O kłębiących się myślach i poczuciu bezsilności. O tym, że dokonuje porównań między ludźmi a psami. O tym, że oczywiste nie jest takie oczywiste…

Każdy pies rodzi się tak naprawdę z woli człowieka… Pomijając przypadki psów, które są bezpańskie i nikt nie panuje nad ich rozrodem, to cała reszta – jest to zdecydowana większość - mnoży się, bo człowiek tak chciał… Jedni uważają, że suka powinna mieć przynajmniej raz w życiu młode, inni rozmnażają psy dla pieniędzy, jeszcze inni nie uczynili nic, aby dopilnować sukę w okresie cieczki. Potem rodzą się piękne, malutkie szczeniaczki, nad którymi często zachwyca się cała rodzina, sąsiedzi i Bóg wie kto jeszcze. Są fotografie, filmy wideo i przytulanie puszystych kulek.  Zaraz potem trzeba znaleźć dom dla maluchów, bo przecież zostać w miejscu narodzenia nie mogą…

I właściwie tu zaczyna się cały problem. Problem, który jak się okazuje nie dla wszystkich jest problemem. Są ludzie tacy, jak odpowiedzialni hodowcy psów rasowych, którzy dbają o to, aby szczeniak trafił wyłącznie w ręce kogoś zaufanego, kogoś sprawdzonego, lub chociaż dobrze rokującego. Ale to niestety nie jest regułą. Zdarza się bowiem, że małe kochane kulki oddawane są byle gdzie. Chciałbym napisać do byle jakiego domu, ale i to nie zawsze. Bo słowo “dom” nie występuje zawsze… Czasem pies znajduje opiekę u człowieka, który tego domu po prostu nie ma. Myślicie, że skreślam tych ludzi? Że ich dyskryminuję? Nic z tych rzeczy. Wiem, że ludzie skrajnie biedni mogą dać dużo więcej niż niejeden milioner. Niestety pies, to wielka odpowiedzialność i dość znaczne wydatki na utrzymanie i leczenie. Można podyskutować czy bezdomny, który nierzadko ma problem z alkoholem i schronieniem w mroźne dni może dać psu odpowiednią opiekę. Nie będę oceniał, nie będę nad tym myślał… Pomyślę i chętnie ocenię natomiast inną grupę społeczną. Ludzi, którzy mają dach nad głową, którzy często są dobrze sytuowani, a których psy trafiają do schronisk, do innych właścicieli, ale także na ulicę. Mówiąc “na ulicę” mam na myśli także “pod koła samochodu”.

Każdy pies miał lub ma swojego człowieka, który odpowiedzialny jest za jego los. Napisałem na początku, że nie kontrolujemy narodzin psów bezpańskich. To prawda, ale dziś w XXI wieku w środku Europy nie ma psów dziko żyjących i dziko rozmnażających się. Każdy bezpański pies miał kiedyś pana. I to ten pan jest odpowiedzialny za szczeniaki, które przyszły na świat gdzieś w lesie, na łące, albo na wysypisku… Dziś nie wolno nam powiedzieć, że za narodziny jakiegokolwiek psa odpowiedzialna jest natura. Odpowiedzialny jest zawsze człowiek!

Ci, którzy mnie znają wiedzą, że głoszę taki pogląd, który mówi, że rozmnażać powinno się wyłącznie psy rasowe i uprawnione tytułem psa reproduktora lub suki hodowlanej. Każde inne rozmnażanie jest według mnie niepotrzebne. Ale tak naprawdę nie o tym chcę dziś pisać. Chcę zwrócić uwagę na to, że powołanie szczeniaka na świat to odpowiedzialność za niego do końca jego dni! To nie suka wybiera partnera na ojca swych szczeniąt, to nie suka, nie reproduktor i nie szczenięta szukają nowego domu, tylko człowiek!!! To na człowieku spoczywa całkowita odpowiedzialność za to, jak potoczą się losy psa podczas jego całego życia… No właśnie… Całego życia… Dlaczego tak często nie pamiętamy, że psy żyją kilkanaście lat? Dlaczego nie przewidujemy biorąc pod swój dach psa, że za kilkanaście lat tak diametralnie może zmienić się nasze życie? Czy będzie wtedy miejsce dla psa u naszego boku?

Młody człowiek, który jest w liceum zauważa silnie rozwijającą się miłość do psów. Marzy o tym, aby mieć własnego, upatrzonej rasy. Po wielu namowach rodzice zgadzają się i pies pojawia się w domu. Przez pierwsze lata wszystko jest super, pies ma opiekę, pies wychodzi na spacery, pies jest uczony sztuczek. Ale młody człowiek wyjeżdża na studia do innego miasta, a rodzice nie chcą lub nie mogą się zająć psem. Inny młody człowiek żeni się i wyprowadza do teściów, którzy nie akceptują psów. Co wtedy? Schronisko? Ulica? A może las i smycz przywiązana do drzewa? Ile czasu minęło od momentu zakupu psa do czasu wyjazdu na studia lub do ślubu? Trzy lata, cztery lata… Niech będzie nawet sześć lat. Ale psiak pożyje dwanaście, trzynaście, a jak mały to i do osiemnastu potrafi. I co? Gubimy gdzieś w tych wyliczeniach od kilku do kilkunastu lat życia psa. Lat, za które odpowiedzialny jest człowiek!

Innym doskonałym przypadkiem jest młode małżeństwo, które kupuje psa, aby ich dom był naprawdę pełny i szczęśliwy. Aby był jak z obrazka. Po kilku latach rodzi się dziecko i… I tu jest kilka rozwiązań. Najlepsze jest takie, kiedy pies jest nadal traktowany jak członek rodziny, kiedy pomaga przy dziecku wynosząc do kosza brudne pieluszki i kiedy dumnie spaceruje obok wózka. Prawdę mówiąc takie obrazki zawsze bardzo mnie wzruszają… Ale to właśnie jest taki idealny świat. Często jest przecież tak, że pies po narodzeniu dziecka jest kulą u nogi. Bo ślini body maleństwa, bo szczeka kiedy dziecko śpi, bo już nie ma czasu na to, żeby wychodzić na spacery. Kolejną wersją tego zdarzenia jest dziecko uczulone na psa. Wtedy trzeba dokonać wyboru. Albo dziecko w domu, albo pies… Co wtedy? Schronisko? Ulica? A może las i smycz przywiązana do drzewa?

Przykładów można mnożyć bez końca, ale i bez tego nie trudno się domyślić, że są rzeczy, które da się przewidzieć. Że wzięcie psa pod swój dach nie może być pochopne, nie może być podyktowane chwilowymi emocjami. Oczywiście są sytuacje, których nie przewidujemy jak choćby nagła śmierć czy jakaś katastrofa. Gdybyśmy myśleli takimi kategoriami, to nikt z nas nie mógłby mieć psa, bo przecież możemy zginąć w wypadku dziś, za tydzień lub za rok. Ja jednak staram się być odpowiedzialny i moi najbliżsi są poinstruowani co należy zrobić z moimi psami w przypadku gdybym nagle nie był zdolny do sprawowania opieki nad nimi. Myślę, że to jest jakiś przejaw odpowiedzialności. Nie wyobrażam sobie jednak, aby psy po mojej śmierci mogły trafić do schroniska lub do kogoś, kogo nie znają teraz i którego nie darzą zaufaniem.

Jak wynika z moich obserwacji i życiowych doświadczeń ogromne rzesze ludzi nie podzielają moich opinii. Psa można wziąć, potem wyrzucić. Można się nim nacieszyć, a potem wymienić na innego. Można zrezygnować z psa, który odbiega od tego ideału, który w ludzkich głowach często powstaje.  Ja jednak stawiam tu bardzo stanowcze pytanie: co dzieje się z tymi psami, które stały się nagle przeszkodą w życiu swojego właściciela?

Można powiedzieć, że zmiana właściciela, to najlepsza opcja dla takiego biedaka. I zapewne tak jest, jednak ja staram się myśleć jak pies, który zostaje odtrącony przez osobę, którą kocha miłością bezwarunkową, dla której gotowy jest skoczyć w ogień. Której nigdy nie okłamał, nie oszukał i nie zdradził. Którą często pocieszał, której był powiernikiem. Nieważne kto i jakie ma na ten temat zdanie, moment rozstania jest czymś okropnym. Myślę, że doskonale wie o czym mówię tylko ten, kto odbierał kiedyś psa z jego domu. Od jego właścicieli, którzy byli dla niego całym światem. Kto widział oczy wpatrzone w drzwi wejściowe do mieszkania ostatni raz, kto widział jak pies wyrywa się, aby wrócić do swego pana. Pana, który w naszych ludzkich oczach jest tyranem. Ja niestety to robiłem i dlatego pozwalam sobie na takie opinie i chyba pierwszy raz nie mam zamiaru słuchać innego spojrzenia na sprawę. Oczywiście ten ból rozstania kiedyś minie, a pies, który pojechał do innego lepszego domu, będzie miał zapewnione godne warunki do życia i do umierania. Jednak samo oddanie psa, “bo coś” jest wydarzeniem niemieszczącym się w mojej głowie…

Pamiętam doskonale telefony od niektórych ludzi, którzy dzwonią do mnie gdy szukam stałego domu dla psa… To, co podczas takich rozmów można usłyszeć jest również zbyt wielkie jak na moją małą, ułomną głowę. Pewna pani chciała się ze mną zamienić na psy. Ona proponowała Boksera za mojego Tobiego, bo jej pies jest nieusłuchany. Dobrze dla tej pani, że mieszka bardzo daleko ode mnie, bo chętnie złożyłbym jej wizytę. Do przemocy bym się oczywiście nie posunął, ale kilka ostrych słów z pewnością się należało starszej pani… Jak w ogóle może zrodzić się pomysł zamiany na psy? I czyj mózg nie funkcjonuje należycie? Mój czy takich ludzi? Ciekawe czy tacy ludzie zamieniają też swoje matki, dzieci i rodzeństwo… W sumie może zamiana brata na siostrę nie jest niczym złym? Co myślicie?

Znam też przypadki, w których ludzie pozbyli się psa, bo rasa przestała być modna lub się opatrzyła, a na “wolne” miejsce przygarnęli innego, który był bardziej modny, albo po prostu mniej spowszechniały… Tu znów można się przez chwilę zastanowić czy jest to choroba psychiczna czy kompletny brak odpowiedzialności i poczucia obowiązku jaki mamy wobec psa. Nie wiem jaka jest prawidłowa odpowiedź na to pytanie. Nie wiem czy w ogóle jest jakaś odpowiedź… Znam też historię jednego psa, który notorycznie uciekał ze swojego kojca i w rezultacie także z podwórka wałęsając się całymi dniami po osiedlu. A że był to duży pies, siał postrach. Tym bardziej, że wchodził na teren innych domów. Dlaczego to robił? Bo właściciel notorycznie zapominał, że ma psa. Że pies potrzebuje jedzenia!!! Dlatego piękny psiak wchodził na inne ogródki. Szukał po prostu jedzenia… Po kilku dniach właściciel orientował się, że nie ma psa i zaczynał poszukiwania. Jak pies się odnalazł natychmiast był srogo karany i zamykany w kojcu. Historia tego psa nie ma szczęśliwego zakończenia. Podobnie jak setki tysięcy innych… Właściciela spotykam czasem i za każdym razem mam ochotę “srogo go ukarać”. Ale nie wiem czy warto… Dodam tylko, że pan jest bardzo zamożny, mieszka w pięknym, ogromnym domu z jeszcze większym ogrodem. Pan ma dość oleju w głowie, aby zarabiać miliony, a za mało, aby nakarmić psa. Czy to jest normalne? Hmm…

Spróbuję teraz odpowiedzieć na pytanie które sam zadałem.  Co dzieje się z tymi psami, które stały się nagle przeszkodą w życiu swojego właściciela?

Jeśli pies ma szczęście w nieszczęściu znajduje nowy dom. Kochających ludzi, którzy dbają o niego jak o członka swojej rodziny, bo przecież po adopcji staje się nim.

Jeśli nie ma szczęścia trafia na ulicę, albo jest przywiązany do drzewa w lesie, albo zostaje uśmiercony, albo trafia do schroniska, albo… Teraz uwaga!  Jeśli jest to rasowa lub w typie rasy suka może trafić do pseudohodowli lub… do grup trenujących psy do walk! Oczywiście nie jako zawodnik, a jako przynęta i worek treningowy. Jaki jest koniec takiego psa proszę sobie dopowiedzieć. Tym, którzy myślą, że właśnie poniosła mnie fantazja polecam linki do artykułów na końcu tego wpisu… Walki psów wciąż odbywają się w Polsce i każdym innym kraju na Świecie!!!

Wiem też niestety, że bardzo wiele osób nie ma pojęcia o tym czym jest schronisko. Smutne to, ale nawet ludzie „z kręgu” mają wyobrażenie o schronisku jak o pięciogwiazdkowym hotelu dla psów. Realia są jednak inne. Pies, który trafia do schroniska nie wychodzi z niego NIGDY taki jak wszedł. Nie chcę tu pisać o szczegółach destrukcji psiej psychiki jakiej dokonuje schronisko, bo nie o tym jest ten wpis. Może kiedyś napiszę coś więcej… Chcę jednak ponownie napisać słowo ODPOWIEDZIALNOŚĆ, które w kontekście opieki nad psami i pozostawianiem ich w schroniskach traci swoje znaczenie. Nikt odpowiedzialny nie umieszcza psa w schronisku! Czy zatem nie powinny one w ogóle istnieć? Oczywiście, że powinny i będą istniały do końca Świata. Jednak gdyby nie bezmyślne rozmnażanie psów, totalny brak odpowiedzialności właścicieli i pseudohodwole w schronisku mogłyby znajdować się wyłącznie psy odebrane w trybie interwencji, psy po wypadkach komunikacyjnych i na przykład osierocone biedaki po śmierci właściciela. Oczywiście wszystkie wymienione przeze mnie przypadki są w schroniskach, ale nie są one jedyne. Cała reszta to po prostu niechciane “nadliczbowe” psy…

Jak pisałem na początku dokonuje czasem w głowie porównań. Porównuje psy do ludzi. Bez jakiegokolwiek uogólniania chciałbym zadać Wam kilka pytań, które łatwiej pozwolą takiego porównania dokonać. Czy widzieliście kiedyś psa, który opuścił dobrowolnie swojego właściciela? Czy widzieliście kiedyś psa, który świadomie i z premedytacją zrobił krzywdę swojemu człowiekowi? Który wyładował złe emocje na swoim człowieku? Czy widzieliście psa, który nie chciał być przyjacielem swojej rodziny? Ja nie widziałem, więc pytam czym te biedne stworzenia zasłużyły sobie na takie traktowanie? Na taki los? Z tego porównania wychodzi, że człowiek nie jest godny sprawowania opieki nad psem… Oczywiście mam na myśli jakąś grupę ludzi, bo przecież większość psów ma wspaniałych właścicieli, którzy jak ja oddaliby swojemu pupilowi ostatni kawałek chleba.

Apeluję! Nie rozmnażajmy niepotrzebnie psów, te niechciane zawsze kończą tragicznie, a moralna odpowiedzialność ciąży zawsze na tych, którzy powołali je do życia… Nie kupujmy psów na bazarach czy giełdach! Nie bierzmy psa pod swój dach jeśli mamy wątpliwości czy będzie mógł z nami mieszkać przez kilkanaście lat. Nie kupuj psa od pseudohowcy. Pomyśl sto razy zanim zdecydujesz się na psa!

To niby takie oczywiste… :-(

 

Jeśli macie mocne nerwy obejrzyjcie ten film. Zrozumiecie jak kończą psy, dla których nie ma miejsca w schronisku. Nie ma, bo ktoś rozmnożył niepotrzebnie, ktoś wyrzucił, komuś się znudziły…



 

P.S. Obiecane linki:


http://www.se.pl/wydarzenia/kronika-kryminalna/zmuszali-psy-do-krwawych-walk_112091.html

http://www.pieskiswiat.fora.pl/kultura-i-nowiny,42/hodowla-psow-bojowych-rozbita,4846.html

http://www.tvn24.pl/12690,1621261,0,1,wpadli-organizatorzy-walk-psow,wiadomosc.html

http://sensacje.wp.tv/i,Wielkopolska-Organizowali-walki-psow,mid,421055,index.html?ticaid=6c371#m421055

http://policyjni.gazeta.pl/Policyjni/1,103617,7084764,Policja_przerywa_walki_psow_pod_Gnieznem.html

 

Rasowy czy w typie rasy?

Dodano 26/11/2012, w wokół psa, przez Adam

Obiecałem jakiś czas temu, że na łamach tego blogu wyjaśnię różnice między psem rasowym i tym w typie rasy. Dziś chciałbym tę obietnicę spełnić…

Aby lepiej zrozumieć pojęcie rasy należy w kilku słowach wyjaśnić czym jest rodowód. Otóż w definicji tego dokumentu jest już zawarta cała istota jego znaczenia. Definicja ta mówi bowiem, że rodowód jest dokumentem stwierdzającym przynależność danego zwierzęcia do konkretnej rasy. Można więc śmiało powiedzieć, że pies, który posiada rodowód z całą pewnością jest przedstawicielem rasy, ale nie oznacza to jeszcze, że jest on pozbawiony wad, które mogą go eliminować na przykład z uczestnictwa w reprodukcji. O tym jednak napiszę w dalszej części. Rodowody posiadają oczywiście również inne zwierzęta takie jak konie, koty, a nawet owce i króliki. Ja jednak skupię się na psach

Rodowód oprócz tego, że jest dokumentem stwierdzającym przynależność do rasy zawiera dużo więcej informacji. Możemy dowiedzieć się z niego jakie psy są przodkami naszego pupila. Z jakiego są lub byli kraju, jakie miały osiągnięcia wystawowe, jakie miały wyniki badań w kierunku dysplazji, chorób oczu itp. Jest jeszcze jedna ważna rzecz, której dowiemy się z rodowodu. W wyniku analizy dokumentu możemy stwierdzić czy w którymś pokoleniu nie doszło do krzyżowania osobników blisko ze sobą spokrewnionych. Takie krycie nosi nazwę inbred, chów wsobny lub kojarzenie krewniacze. Podczas wielu rozmów słyszałem, że takie kojarzenie osobników jest na pewno zabronione i psy z takiego miotu nie otrzymają rodowodu. Muszę zatem wyjaśnić, że Inbred jest jak najbardziej dozwolony i jest jedną z metod hodowlanych. Nie jest on oczywiście ani dobry, ani korzystny, ani moralny, ale jest dozwolony!

Co zatem z psami, które są rasowe, ale nie mają rodowodu? Odpowiedź jest tylko jedna. Nie ma takich psów! Nie ma, bo jak napisałem wcześniej o rasowym psie możemy rozmawiać tylko wtedy, gdy posiada on rodowód. Czy przemawia przeze mnie w tej chwili snobizm? Czy wywyższam jedne psy nad inne? Czy oceniam wartość psa po jego pochodzeniu? Oczywiście, że nie… Sam mam w domu dwa psy. Jeden, a właściwie jedna, to rasowa suka Berneńczyka – Bona, a drugi to pies w typie Landseera – Tobi, o którego pochodzeniu nie wiem nic. Nie wiem nic, bo osobiście wyciągnąłem go ze schroniskowego piekła. Oczywiście w związku z tym, że tam przebywał wiem, że pies ten przeszedł swoistą orkę psychiki, co daje się we znaki niemal każdego dnia. O Bonie wiem znacznie więcej, bo ona ma rodowód. Mogłem go przeanalizować zanim ją kupiłem, mogłem dowiedzieć się wszystkiego o przodkach. I co? I Bona cierpi na dysplazję stawów łokciowych. Czy posiadanie przez nią rodowodu uchroniło ją przed chorobą? Nie… Ale o Bonie mogę mówić, że jest rasowa, a o Tobim nigdy tak nie powiem.

I właśnie na przykładzie Tobiego chciałbym opisać “typ rasy”. Jeśli popatrzymy na niego, zmierzymy go, zważymy, zajrzymy w zęby, to znajdziemy u niego wszystkie cechy Landseera. Umaszczenie jest zgodne z wzorcem, wielkość i waga też. Nawet kształt głowy się zgadza. Czy to wystarczy, żeby nazwać go psem rasowym? Niestety nie. Pomijając już kwestie czysto papierkowe jest jeszcze jedna cecha, która stanowi o “rasowości”. Ta cecha to charakter! Z całą pewnością mogę stwierdzić, że Tobi nie ma charakteru Landseera… Wygląda jak Landseer, ale nie zachowuje się tak. Każdy wzorzec rasy zawiera opis charakteru jakim powinny cechować się jej przedstawiciele. Jest też wyraźnie napisane, że każde odstępstwo od wzorca jest wadą. Każde, to każde… Nie tylko odstępstwo od umaszczenia czy kształtu.

Tu pojawia się początek równi pochyłej. Co przez to rozumiem? Na pewno, to że na początku przymykamy oko na jedno odstępstwo, potem na jeszcze jedno, na kolejne i kolejne. Najpierw nie przeszkadza nam, że pies nie ma rodowodu. Mówimy jednak o nim, że jest rasowy. Potem, nie przeszkadza nam, że inny pies nie ma rodowodu i jest dużo mniejszy. Nadal twierdzimy, że to rasowy psiak. Potem przestaje nam przeszkadzać, że jakiś pies nie ma rodowodu, jest dużo mniejszy i zamiast czarny jest brązowy. I tak po równi pochyłej dochodzimy do tego, że trudno nam określić do jakiej rasy ten psiak jest w końcu podobny. Pamiętam doskonale jak wiele lat temu jeden z moich znajomych pojechał kupić psa na giełdę. Sam fakt kupowania psa na giełdzie jest przerażający i zapowiada tragedię. Kupił on pięknego malutkiego labradora. Po jakimś czasie gdy szczeniak podrósł, ów znajomy stwierdził, że jest to jednak Cocker Spaniel! Ci, którzy wiedzą jak wyglądają psy tych ras na pewno wyczuwają komizm tej sytuacji. Niestety ten komizm jest tak naprawdę dramatem… Tym bardziej, że przytoczona przeze mnie historia wydarzyła się naprawdę.

Myślę, że Labrador, który okazał się Spanielem jest przykładem skrajnym, ale to samo dotyczy psów które do złudzenia przypominają przedstawicieli rasy. Niestety z przykrością muszę powiedzieć, że te psy nie są i nigdy nie będą rasowe. Nie oznacza to, że są gorsze, brzydsze czy głupsze. Chciałbym jednak, żeby oddzielono grubą kreską psy rasowe od tych w typie rasy.

Jest jeszcze jeden rodzaj psów “prawie rasowych”. Ten rzeczywiście ma najbliżej do psów rasowych, ale wciąż nim nie jest. Mam tu na myśli psy, które urodziły się ze skojarzenia dwóch osobników, które rodowód posiadają. Sprawa niby oczywista, ale jednak nie tak, jak się często ludziom wydaje. Szczeniaki, których rodzice mają rodowody a nie mają uprawnień hodowlanych nie dostaną metryk! (Metryka, to taki wstępny dokument, na podstawie którego wydawany jest rodowód. Metryka jest również dokumentem stwierdzającym przynależność do rasy.) I tu należy zastanowić się dlaczego tych uprawnień psy nie mają. Powodów jest kilka. Może nawet kilkanaście. Jednym z głównych jest lenistwo i wygodnictwo właścicieli. Uprawnienia hodowlane zdobywa się bowiem poprzez udział w wystawach, testach psychologicznych i na podstawie badań lekarskich. Berneńczyki na przykład muszą przejść badanie w kierunku dysplazji stawów biodrowych. Jednak nie tylko lenistwo i niechęć do wystaw może być powodem nieuzyskania uprawnień hodowlanych. Wyobraźmy sobie, że właściciel Berneńczyka udał się na prześwietlenie stawów ze swoją suką. Tam okazało się, że psina ma ciężki stopień dysplazji i nie została dopuszczona do hodowli. (Celem niedopuszczenia jest oczywiście chęć wyeliminowania tej choroby z rasy. Moim zdaniem i wielu innych dysplazja jest chorobą dziedziczną jednak spotkałem się z opinią, że jedynie predyspozycje do dysplazji są dziedziczone.) Co się dzieje jeśli właściciel takiej suki postanawia, że i tak będzie miała młode? Kryje ją bez uprawnień… Szczeniaki tej suki z dysplazją są obarczone ryzykiem wystąpienia tej choroby. Jej wnuki i prawnuki zresztą też. Czyli łatwo można wywnioskować, że suka z rodowodem, to nie to samo co suka z uprawnieniami hodowlanymi, prawa? Jaką mamy zatem pewność, że “rasowe” szczeniaki bez rodowodu nie są potomkami psów rasowych, ale chorych? A może suka została pokryta przez własnego ojca, albo syna? Jak bez rodowodu stwierdzić, kto jest przodkiem szczeniaka?

Doskonałym przykładem jest właśnie moja Bona. Ona ma rodowód, jest pięknie umaszczona i dobrze zbudowana. Czy to oznacza, że może mieć szczeniaki? Nie może, bo ma dysplazję! Jednak gdybym był nieodpowiedzialny, albo zależałoby mi na kasie, to pokryłbym ją psem z rodowodem, a przyszłym właścicielom narodzonych szczeniąt mówiłbym, że są one rasowe. Przecież ojciec i matka mają rodowody! Niestety, jak wspomniałem sam rodowód jest bardzo istotnym dokumentem, ale do rozmnażania psów nie wystarczy.

Podsumowując chciałbym jeszcze raz podkreślić, że każdy pies zasługuje na szacunek, każdy jest na swój sposób piękny i każdemu należy się opieka, ale nie każdy jest rasowy. Nie ma nic złego w tym, że mamy psa w typie rasy. Te psy też nas kochają, też za nami tęsknią i dla nas samych są przecież najlepsze na świecie! I niech tak zostanie już na zawsze…

 

Wczoraj w Warszawie odbyła się konferencja pt:”Status prawny zwierzęcia. Podstawy aksjologiczne i uwarunkowania systemowe”. Jak się domyślacie miałem przyjemność w niej uczestniczyć. Przemyśleń i doświadczeń z jednego dnia, a właściwie siedmiu godzin mam tyle, że wystarczyłoby na całkiem pokaźną książkę. Mam oczywiście świadomość, że blog nie jest odpowiednim miejscem na pisanie książek, więc postaram się streścić

Sama konferencja była dość ciekawa. Zagadnienia i dyskusje na temat prelekcji  były tym, co od jakiegoś czasu pochłania mnie bez reszty. Choć mój umysł należy raczej do tych ścisłych spojrzenie filozoficzne na świat zwierząt było bardzo ciekawym doświadczeniem. Rozważania o zwierzętach z prawnego punktu widzenia zainteresowały mnie jeszcze bardziej. Szkoda tylko, że tak wiele było w tej konferencji historii i statystyk, które nijak mają się do rzeczywistości. Tak naprawdę chciałem napisać w tym poście właśnie o tej rzeczywistości… Ale także o świadomości i zarozumiałości. Wiem, że podejmuję ogromne ryzyko i że ludziom bezpośrednio zainteresowany oraz tym “ze środowiska” bardzo się narażę… Ale cóż, nie ja pierwszy będę cierpiał za poglądy…

Zacznę jednak od samej konferencji. Jak już wspomniałem była ciekawa. Tematyka jak najbardziej trafiona, tylko jest małe “ale”.  Po pierwsze na początku czułem się źle, bo spora część obecnych tam ludzi miała tytuł profesora, inna część doktora, a pozostała była bardziej lub mniej znana środowisku.  A ja taki zwykły szaraczek  Po drugie część prelegentów niestety nie poradziła sobie z wykładem ponieważ ich stan zdrowia i wiek nie pozwalał na swobodne i przede wszystkim zrozumiałe dla słuchaczy wyrażanie myśli. I naprawdę nie ma to nic wspólnego z wypowiadaną treścią. Chodzi wyłącznie o sprawy “techniczne” wygłaszanej mowy. Na twarzy jednej z pań widać było cierpienie (może z bólu), a inna pani profesor nie miała sił mówić na tyle głośno by była słyszana. Dodam, że miała w ręce mikrofon, a nagłośnienie w sali było doskonałe. Inna prelegentka miała objawy podobne do tych towarzyszących chorobie Parkinsona. Nie ujmuję tym ludziom w żaden sposób czegokolwiek. Wręcz przeciwnie! Jestem pełen podziwu dla ich aktywności zawodowej mimo wieku i chorób. Nie jestem jednak zachwycony, kiedy ktoś, może tapetować pokój tytułami naukowymi a mówi “włanczam” zamiast włączam. No, ale jak się niedawno dowiedziałem jestem marudą,  jestem stary i mam złych znajomych na Facebooku, więc już się nie czepiam

Odbieranie zwierząt przez świat ludzi jest i zawsze było dla mnie bardzo interesujące. Przecież ochrona jednego gatunku i zjadanie drugiego jest przynajmniej tematem do rozważań filozoficznych. Jak się okazało na wczorajszej konferencji to także temat dla teologów i rzecz jasna dla prawników. W tej kwestii zrozumiałe wydają się aspekty kulturowe, bo przecież my nie jemy psów, a zjadamy ze smakiem mięso świń. Peruwiańczycy natomiast nie pogardzą psiakiem… My wcinamy wołowinę, a w Indiach krowy są “święte”. I tak to już będzie, że los zwierząt zależy od kultury kraju w którym się urodziły. Większym problemem staje się zakwalifikowanie zwierząt do tych, które są zwierzętami bardziej i do tych które są nimi mniej. Wydaje się to dziwne, ale w aspekcie prawnym ma to wielkie znaczenie. Ustawa o Ochronie Zwierząt określa wyraźnie, jakie gatunki należy objąć opieką, ochroną i szacunkiem! Czyli inne zwierzęta są mniej zwierzęce, bo ich nie chroni nic. Nawet ustawa. Pojawiło się wczoraj takie stwierdzenie, że specjalne”prawa” należą się kręgowcom, bo my również nimi jesteśmy i najbliżej nam do tych stworzeń. No tak, ale w ustawie czytamy, że reguluje ona postępowanie z określonymi zwierzętami. Wymienia się tam domowe, gospodarskie, ale także te, które są trzymane w ogrodach zoologicznych i te, które są używane do doświadczeń. Jeśli mi wiadomo w ogrodach zoologicznych przebywają także bezkręgowce a do doświadczeń używa się nie tylko szczurów. Czyli bezkręgowiec z zoo jest lepszy od tego w lesie. Temat nigdy nie zostanie wyczerpany, bo znów wkrada nam się filozofia i jeden z lepszych wczorajszych wykładów o świadomości zwierząt. Może tu jest klucz do podziału zwierząt na bardziej i mniej zwierzęce. Jedne bowiem (zdaniem naukowców) posiadają świadomość inne zaś nie. Co jeśli nie obejmiemy ochroną jakiegoś gatunku, bo nie ma świadomości, a za kilkanaście lat ktoś udowodni, że jednak ją posiada?

Celowo nie używam w tym poście żadnych nazwisk, ale to jedno powinno się pojawić. Otóż prof. Woleński, znany filozof zaproponował na wczorajszej konferencji nową definicję. Brzmi ona ANIMALITARYZM i ma oznaczać, że zwierzęta mają prawa, a my mamy je respektować. Myślę, że w tym jednym zdaniu zawiera się bardzo wiele i roztrząsanie tego na podłożu filozoficzny, teologiczny, prawniczym i nie daj Boże psychologicznym nie ma sensu. Zastosujmy się do animalitaryzmu i już.

No, ale do rzeczy. Nie mniej ciekawe wydarzenia miały miejsce podczas przerw oraz po zakończeniu konferencji. Zupełnie przypadkowo padł bardzo drażliwy dla mnie temat schronisk, adopcji i ogólnie pojętej pomocy bezdomnym zwierzętom. Bardzo się cieszę, że są ludzie i instytucje, które taką pomoc niosą. Sprzeciwiam się jednak niesieniu pomocy dla własnych korzyści i to przez osoby nie mające zielonego pojęcia o tym jak to robić! Bulwersuje mnie też oczernianie innych tylko dlatego, że robią coś w sposób inny niż ten, który w rozumieniu kogoś wydaje się zły. Podkreślam “w rozumieniu”. Jak można krytykować dzieło pomocy stworzone przez kogoś nie wiedząc o tej pomocy nic? No jak? Nie wiem skąd się to wzięło, że potrafimy tylko krytykować i oczerniać. Czy to jest cecha Polaków czy cecha środowiska? Krew mnie zalewa kiedy słyszę spór o wszystko. Kiedy jeden szkoleniowiec oczernia drugiego, kiedy jeden behawiorysta wiesza psy na drugim. Kiedy jeden mówi o tym, jak złe metody szkoleniowe stosuje ten drugi. Wszyscy wszystko robią źle tylko ja jeden robię coś dobrze – tak można to odczytać. Tymczasem ja odczytuję to jako zarozumiałość, ale także jako brak pokory. Całkowity brak pokory!!!

W czasie przerw rozmawiałem o agresji psa, któremu bardzo chciałbym pomóc i nie wiem jak to się stało, ale zeszliśmy na tematy schroniska. Rozmawiałem z dójką ludzi, których znam i bardzo szanuję. Oni jednak nie wiedzieli, że ja mam doświadczenie w obcowaniu z biedakami zamkniętymi w kojcach. Nie wiedzieli ile psówwyadoptowałem, ilu psom ze schroniska pomogłem przeprowadzając wizyty przedadopcyjne i ile psów wiozłem w przeróżne rejony Polski do nowych właścicieli. Nie wiedzieli też ile rozmów z przyszłymi właścicielami przeprowadziłem i ile razy musiałem zmierzyć się z widokiem zestresowanych, przygnębionych i zwyczajnie wykończonych psychicznie psów mieszkających niejednokrotnie w warunkach nie godnych żadnego żywego stworzenia. Słuchałem w milczeniu wizjonerstwa głoszonego przez szanowanego w środowisku człowieka. Wiele ze słów, które padły to były słowa krytyki i oczerniania tych, którzy już psom pomagają. Słuchałem i rosło mi ciśnienie. Nie powtórzę tego, ale z rozmowy wynikało tylko jedno. Człowiek nigdy nie był w schronisku. Po którejś minucie nie wytrzymałem i włączyłem się w rozmowę. Nie powinienem tego robić, ale zrobiłem. Lepszym wyjściem byłoby oddalenie się w cichym milczeniu i poproszenie Boga o dar rozumu, a także pokory dla znajomego. Niestety mój temperament wygrał… Zadałem kilka a może nawet jedno pytanie kontrolne, żeby upewnić się czy ów wizjoner wie o czym mówi. Nie wiedział. On miał wizję… Zapytałem wprost czy był kiedyś w schronisku. Odpowiedź mogła być tylko jedna i taka była…

Zastanawiam się jak to jest, że ktoś, kto nie widział nigdy cierpienia schroniskowego, nie widział martwych szczeniąt, które nie wytrzymały trudów obozowego życia na mrozie chce tworzyć program jakiejkolwiek pomocy. Dlaczego ktoś taki posuwa się do krytyki innego programu nie znając realiów z jakimi trzeba się zmierzyć. Ale to nie wszystko! Smutne jest to, że wpaja mi się, że to czego do tej pory się nauczyłem o psach jest złe. Ale na jakiej podstawie? Na takiej samej jak pomoc psom i ich przyszłym właścicielom z poziomu bujanego fotela? To ja za takie wpajanie serdecznie dziękuję! A może to dlatego, że wiedza płynie od kogoś innego i tu jest punkt zapalny? Może nie chodzi o metody pracy, tylko od kogo te metody wyszły? Takie coś nazywa się zawiścią. I niestety dochodzę do wniosku, że środowisko, w którym się aktualnie obracam jest nią przepełnione. Przepraszam wszystkich normalnych z tego kręgu, ale wyjazd na konferencję nie jest jedynym powodem wydania przeze mnie takiej opinii. Jestem zmęczony wiecznym krytykowaniem postępowania konkurencji tylko dlatego, że to konkurencja. W życiu zawodowym też borykam się z konkurentami. Często nawet nieuczciwymi, ale jedyne co we mnie buzuje, to zazdrość. Zazdrość, że zrobili coś lepiej niż ja. Nigdy jednak nie zawiść, nie oczernianie i nie pomówienia. Czasem też denerwuję się na nich, że przez swoją niewiedzę psują mi interes nie korzystając na tym – to niestety prawda. Interesy, to jednak zupełnie coś innego niż niesienie pomocy potrzebującym. Nasuwa mi się taka myśl, że nawet pomagać trzeba umieć. Chęci są ważne, ale znajomość realiów w przypadku schronisk jest konieczna!

Kończąc ten tekst zastanawiam się dlaczego ja nie mogę szkolić psów? Czy to, że nie mam uprawnień powinno mnie powstrzymywać? Z punktu widzenia mojej moralności powinno i powstrzymuje. Z punktu widzenia (i słyszenia) wiedzy posiadanej przez szkoleniowców powinienem zacząć robić to natychmiast! Dlaczego? Bo każdy szkoleniowiec ma swoją teorię i swoje metody, które – obawiam się – w dużym stopniu oparte są na improwizacji. Każdy szkoleniowiec opiera swoje metody pracy na posiadanej wiedzy i niestety te metody są różne. A jeśli metoda jest ta sama, to jej wykonanie też jest różne. O tym, które są najlepsze już pisałem. Najlepsze są te, które stosuje właśnie on. On szkoleniowiec. Każdy on. Zastanawiacie się dlaczego we mnie tyle zła? Bo usłyszałem wczoraj wiele złych słów. Także o mnie i o tych, którzy przekazali mi wiedzę. Dowiedziałem się, że ktoś, kto pokazał mi jak rehabilitować psy sam tego nie potrafi. Nic dodać nic ująć
Czas zatem na zamknięcie oczu, zamknięcie uszu i działanie na dobro zwierząt nie zważając na wszystkie “dobre rady” i wszystkie wizjonerstwa. To Wam, moje drogie psiaki obiecuję, a Wam drodzy czytelnicy, że będziecie mogli moje poczynania śledzić na tym blogu. Dzięki za wytrwałość!

 

Amstaff, morderstwo, Facebook…

Dodano 26/11/2012, w wokół psa, przez Adam

No i nie wytrzymałem!

Wdałem się w dyskusję dotyczącą strzelania do psów biegających po lesie przez myśliwych na Facebooku. Przeszedłem sam nie wiem jak do artykułu o znalezionej martwej kobiecie we własnym mieszkaniu, której ciało zostało częściowo zjedzone przez psa rasy Amstaff, który w chwili ujawnienia zwłok leżał obok nich.

Bitwa słowna w postaci komentarzy dotyczyła tego czy kobieta zmarła z powodu pogryzienia czy też z innych powodów. Ja jednak wyłapałem, to jaka jest wiedza, przekonanie, i opinia o tej rasie. I dlatego czuję się zobowiązany napisać swoje zdanie o psach tej rasy i jej podobnych. Nie twierdzę, że robię to bez przyjemności

Zacznę może od tego, że ras pochodnych Amstafowi jest przynajmniej kilka. Problem polega na sklasyfikowaniu dość popularnego Pitbullteriera. Wygląda jak Amstaffa, jest silny, wytrzymały na ból oczywiście także jak Amstaff… W czym problem? A w tym, że nie ma takiej rasy zarejestrowanej w FCI (Fédération Cynologique Internationale) obowiązującym jako organizacja klasyfikująca rasy psów także w Polsce. Taka rasa istnieje  na przykład w Amerykańskim Kennel Club (AKC). Można zatem śmiało powiedzieć, że w Polsce nie ma Pitbullterierów a jedynie psy w jego typie. O psach w typie napiszę (obiecuję) w innym poście, ale dziś chciałbym zająć się “palącym problemem”.

Wszystkie psy ras wiadomych zostały wyhodowane do walk. Wydaje się nam, że człowiek od początku swego idiotycznego pomysłu używał psy wyłącznie do walk z psami. Otóż wcale tak nie było! Psy najróżniejszych ras były wykorzystywane do walk z bykami a nawet niedźwiedziami. Centrum tego procederu mieściło się w Wielkiej Brytanii gdzie przez lata pracowano nad tym, aby stworzyć psa jak najbardziej wytrzymałego, silnego, ale także szybkiego i sprawnego fizycznie. Jako pierwsze do walk używane były buldogi, które wraz z potrzebą uzyskania lepszej formy żywej maszyny do zabijania krzyżowano z różnymi rasami. Dodano przede wszystkim zwinność teriera. Walki z bykami i niedźwiedziami zostały w Anglii zakazane tzw. humanitarnym aktem parlamentarnym z 1835 roku. Można przyjąć, że od tego czasu przemysł walk psich rozwinął się na dobre… Psy musiały wtedy walczyć wyłącznie z psami. Łatwiej bowiem urządzić tajną walkę psa z psem niż psa z niedźwiedziem czy bykiem, prawda? I tu następuje całkowita destrukcja psychiki psa.

Wspominałem we wcześniejszym poście, że charakter jest cechą dziedziczną. Ma to ogromne znaczenie w sprawie, którą poruszam. Otóż w naturze psa nie leży zabijanie przedstawiciela swojego gatunku! Nigdy tak nie było, że pies zabija psa w wyniku polowania. Kilkanaście tysięcy lat temu, gdy psy żyły w sforach, osobnik używający agresji bez powodu, lub w celu uśmiercenia innego członka sfory był eliminowany. Eliminacja odbywała się również przez wyrzucenie ze stada. Co to oznaczało w praktyce? Oznaczało, że taki pies był skazany wyłącznie na siebie, więc prawdopodobnie  szybko ginął, a już na pewno nie uczestniczył w reprodukcji! Zatem jego charakter, geny lub cokolwiek innego odpowiedzialnego za nieuzasadnioną agresję nie było powielane. To taka naturalna selekcja osobników z “patologią agresji”…

Co dzieje się w Anglii, kiedy zakazują walk psów z bykami? Psy zaczynają walczyć ze sobą. Bo chcą? Nie! Bo muszą! Bo człowiek tak chce… Niestety człowiek zaburza naturalne instynkty psa, odwracając wartości o 180 stopni. Pies stający do walki widzi w innym psie ofiarę czego od tysięcy lat nie robił. Organizatorzy walk selekcjonują do rozmnażania wyłącznie te psy, które są waleczne silne i bezwzględne wobec przedstawicieli swojego gatunku. Tym samym skutecznie zmieniają charakter i wartości psów, które przychodzą na świat. 150 lat wystarczy, aby stworzyć psy, które mają tak zaburzony system wartości, że są zwyczajnie niebezpieczne, ale co gorsze także nieprzewidywalne…

Mam świadomość, że jeśli teraz czyta to właściciel psa rasy pierwotnie stworzonej  do walk, ma inne zdanie. Zdanie, które opiera na obserwacji swojego psa wychowanego przez siebie w rodzinie, przy dzieciach, kotach itp. Niestety historii rasy nie zmienimy… Jej pierwotnego przeznaczenia też nie…

Wspomniałem, że charakter jest cechą dziedziczną i dlatego byłbym za tym, żeby krzyżować psy wyłącznie z charakterem zupełnie innym od tego jaki miały te biedaki na ringu. Pamiętam doskonale spotkanie z Lalą, która była bullterierką o wspaniałym usposobieniu i stanowiła ze swoją panią wyśmienity duet. Widać było pracę nie tylko tej pani, ale też mądrych, świadomych hodowców, którzy krzyżowali rodziców Lali, dziadków i pradziadków. Hodowla bowiem, opiera się nie tylko na selekcji psów o nienagannym eksterierze, ale także na doborze osobników pod kątem charakteru. Myślę, że odpowiedzialny dobór hodowlany jest w stanie załatwić problem agresywnych “bulli”. Niestety mało jest odpowiedzialnych hodowców. Mało jest takich, którzy chcą wnosić do rasy coś dobrego. Taki Amstaff ma szanse być łagodnym psem, który bawi się doskonale w parku z innymi psami, który dobrze czyta”mowę ciała” innych psów. Potrzebuje do tego tylko odpowiedzialnego hodowcy. Człowiek zwichrował jego system wartości i tylko człowiek może to naprawić!

Dopóki hodowle, to będą przypadkowe rozmrażalnie, dopóki psy ras używanych do walk będą chlubą panów ze starannie wygoloną głową i wysłużonym dresem, a ich rozmnażaniu będzie przyświecał wyłącznie cel wzbogacenia swego niedużego budżetu, dopóty te psy będą zagrożeniem. Smutne to, ale prawdziwe…

Hodowla jest misją, jest wyzwaniem, hodowla zawsze powinna mieć cel! I tym celem nie może być jednak kasa… Nie uważam psów typu Amstaff za złe, ale uważam, że człowiek wyrządził im wielką krzywdę i że teraz powinien to naprawić! Tym bardziej, że można to zrobić…. Zanim jednak tak się stanie należy stosować wobec tych psów zasadę ograniczonego zaufania i bacznie obserwować ich zachowanie.

Zastanawiacie się jak ma się to wszystko do agresji skierowanej przez te psy do ludzi? Szczerze mówiąc ja też  Teoretycznie nie powinny one widzieć w człowieku wroga, jednak pewne zakorzenione zachowania agresywne mogą  przenieść się na człowieka z wielką szkodą dla niego. Nie wiem czy ta nieszczęsna kobieta, o której napisano w artykule została zagryziona czy leżała w swym mieszkaniu tydzień po tym jak zmarła na wylew, a pies tylko zaspakajał głód  jedząc jej ciało. Nie wiem, bo za mało jest informacji. Wiem jednak, że psy takich ras potrafią być bardzo miłe, bardzo posłuszne i oddane człowiekowi, ale potrafią też być dla niego bardzo niebezpieczne! Dlatego powinny trafiać do ściśle wyselekcjonowanych właścicieli a rozmnażane tylko przez “fachowców” najwyższych lotów.

Pamiętajmy też, że psy rozmnażane w hodowlach bez uprawnień, tzw. “rasowe bez rodowodu” nie tylko nie są psami rasowymi, ale bardzo niewiadomymi pod kątem wyglądu i charakteru. Jeśli weźmiemy pod uwagę charakter psów stworzonych do walk z wywróconym systemem wartości może to być bomba z opóźnionym zapłonem!

P.S. Ja naprawdę kocham WSZYSTKIE psy!

 

Kto mądrzejszy?

Dodano 26/11/2012, w wokół psa, przez Adam

Pies jest z człowiekiem od około 10 tysięcy lat…  Około, ponieważ nie ma tu znaczenia czy minęło osiem tysięcy lat czy czternaście jak podają przeróżne źródła. Tak czy inaczej to bardzo dużo czasu…

Przez te wszystkie lata nasi czworonożni przyjaciele nauczyli się doskonale z nami komunikować. Wiedzą jak powiedzieć kiedy się boją, kiedy chcą, abyśmy przestali ich głaskać po głowie, kiedy oczekują od nas pomocy w sytuacji gdy czują się niekomfortowo. Wiedzą jak pokazać radość i wiele innych stanów nastroju. Potrafią też zdecydowanie ostrzegać, kiedy my ludzie wystawiamy ich cierpliwość na próbę…

Psy “rozmawiając” z nami wysyłają sygnały uspokajające i grożące. O ile te pierwsze są znane coraz lepiej ludziom, którzy interesują się psami, o tyle te drugie wciąż są odbierane jako przejaw agresji, nieposłuszeństwa, ale także złośliwości i (o zgrozo) dominacji! Pewnie Was to zdziwi, ale dominacja nie jest cechą! A grożenie, takie jak na przykład warczenie czy wpatrywanie w oczy jest najzwyklejszą formą dialogu!

I tu dochodzę do sedna sprawy… Dlaczego psiaki, które uważamy za małointeligentne (w stosunku do człowieka naturalnie) nauczyły się z nami rozmawiać, a my tacy niby wielcy homo sapiens nie potrafiliśmy się nauczyć odczytywać tej mowy? Potrafimy budować domy wysokie na kilkaset metrów,potrafimy latać w kosmos i badać DNA, ale nie potrafimy zrozumieć psa, który jest z nami tysiące lat. Który służy nam wiernie, pomaga w najróżniejszych sytuacjach. Posługujemy się nim podczas kataklazytów, wojen i kiedy sami nie potrafimy stawić czoła na przykład przestępcy z bronią w ręku. Wykorzystujemy go do szukania narkotyków, tropienia ludzi, odnajdywania zwłok, do przynoszenia upolowanej zwierzyny, ale nie znamy jego mowy. Myślcie co chcecie, ale dla mnie to po prostu wstyd!

Czasem patrząc na psa i jego właścicieli na spacerze jest mi żal biedaka, bo przecież niczemu nie zawinił i nie jest odpowiedzialny za niewiedzę swoich przewodników. Zastanawiam się co on o nich myśli, kiedy go szarpią, nakładają kolczatkę, kiedy biorą na ręce kiedy ten chce wymienić uprzejmości ze spotkanym właśnie kolegą innej rasy… Zastanawiam się, ale nigdy nie zgadnę co w takiej chwili myśli pies… Wiem tylko, że na pewno bardzo kocha swojego pana i panią. Nawet jeśli za grosz nie potrafią go zrozumieć…

Drodzy właściciele psiaków! Mowa Waszego psa naprawdę nie jest tak trudna do zrozumienia jak mogłoby się zdawać! Nie patrzcie na innych, nie słuchajcie tego co mówią sąsiedzi, tylko okażcie szacunek swojemu najwierniejszemu przyjacielowi ucząc się jego języka! To naprawdę działa… Żyje się lepiej i nam i psom. Ten kto umie język psi zrozumie dlaczego pies zwalnia swoje ruchy gdy krzyczymy w jego stronę, aby natychmiast przyszedł do naszej nogi. Myślicie, że robi Wam wtedy na złość? Absolutnie nie! On Was “uspokaja” licząc na to, że Wam przejdzie. Poza tym kto chciałby podejść do wrzeszczącego człowieka, który jest trzy razy wyższy, który pochylając sylwetkę patrzy wołanemu prosto w oczy. No kto? Ja nie i moje psy też tego nie lubią! Mówiły mi o tym! :-)))

 

  • RSS